Poniżej jej streszczenie, a na dole strony fragment z próbką narracji.
Gerard jest studentem ostatniego roku na wydziale prawa i stoi przed wyborem dalszej drogi zawodowej. Podczas zajęć dostrzega go profesor Walczak i proponuje mu praktykę w swojej kancelarii, która słynie z przyjmowania nietypowych spraw. W kancelarii Walczaka Gerard poznaje Katarzynę, lewicową aktywistkę, która jest już po studiach i odbywa u Walczaka aplikację adwokacką. Profesor uczy swoich podopiecznych sztuki reprezentacji i metod, w jaki sposób pokonać przeciwnika na sali sądowej, których młodzi prawnicy nie mogliby poznać na studiach. Do kancelarii zgłasza się znajoma Katarzyny – przedstawicielka organizacji pozarządowej, która pomaga imigrantom przekraczającym wschodnią granicę Polski w otrzymaniu azylu. Jeden z nich podczas zatrzymania już na terytorium Polski został brutalnie pobity przez funkcjonariusza policji, a sprawa została zamieciona pod dywan. Profesor podejmuje się zbadania sprawy i zleca to młodym prawnikom, którzy w trakcie wizji terenowej w dzielnicy zamieszkałej głównie przez imigrantów poznają ich sytuację życiową – wyzysk ze strony polskich szemranych biznesmenów i dyscyplinowanie przez polskie służby. Siatka połączeń prowadzi do ludzi powiązanych z ultraprawicową partią narodową „Odnowa”, która co prawda nie posiada oficjalnej władzy, ale dysponuje niesformalizowanymi i częściowo tajnymi strukturami siłowymi o zabarwieniu faszystowskim, które okazują się wpływowe w wielu obszarach opuszczonych przez państwo. Inwigilacja ze strony prawników ujawnia po części mafijne struktury „Odnowy”, werbujące członków pod szyldem patriotyzmu, obrony kościoła i patriarchatu. Profesor Walczak proponuje Katarzynie i Gerardowi udział w bezprecedensowej sprawie o delegalizację faszystowskiego ugrupowania. Zadanie wydaje się karkołomne, ale prawnicy dostrzegają sensowność samego wszczęcia takiego postępowania, które choć w teorii skazane na porażkę, ma na celu publiczne przedstawienie problemu faszystowskiego wzmożenia ukrytego przed opinią publiczną i mediami głównego nurtu. Zespół odnosi niespodziewany sukces w ramach wniosku o zabezpieczenie, którym sąd wstrzymuje część publicznego finansowania „Odnowy” do czasu prawomocnego zakończenia postępowania. Faszyści reagują fizyczną napaścią na kancelarię i prawników. Sytuację komplikują spory w samym zespole, gdy okazuje się że Gerard ukrył, iż sam pochodzi ze środowiska narodowców i ma na sumieniu kompromitującą działalność w przeszłości. Sprawy nie ułatwia też relacja romantyczna pomiędzy Katarzyną i Gerardem, o którą zazdrosny jest profesor Walczak. Prawnicy poddani są ogromnej presji ze strony politycznych i prawnych przeciwników, a przed nimi najważniejsza batalia w sądzie, która po wstępnym postanowieniu zabezpieczającym nie wydaje się już taka beznadziejna. W toku sprawy ujawnia się jednak, jak duże wpływy mają narodowcy w środowisku politycznym i prawniczym i jak niebezpieczne było zadarcie z tym ugrupowaniem. Prawnicy nie tylko muszą stawić czoła groźnemu przeciwnikowi, ale i przezwyciężyć wewnętrzne spory o sens tej walki.
Fragment mojej powieści jest do ściągnięcia w pliku PDF: “Uśpione w nas demony – powieść“.
]]>
Poniżej streszczenie, a na dole strony link do pełnego tekstu w PDF (43 strony).
Marcin jest krakowskim prokuratorem, a Ryszard krakowskim bezdomnym, choć zanim wylądował na ulicy też był prawnikiem. Łączy ich nie tylko wyuczony zawód ale i mocna relacja z alkoholem. Marcin dopiero się w tą relację zagłębia, a Ryszard jest już weteranem. Ich losy splatają się w związku z przestępstwem, którego Ryszard był jedynym świadkiem. Ryszard opowiada prokuratorowi o śmiertelnej w skutkach obronie koniecznej, której był świadkiem. Później jednak postanawia wziąć na siebie winę i uchronić młodą kobietę przed odpowiedzialnością karną i społeczną. Marcin, znając prawdę, początkowo sprzeciwia się takiemu zakończeniu sprawy, ale pod silną presją przełożonego godzi się z tą decyzją. Bezdomny jako sprawca, który sam przyznał się do winy jest dla wszystkich wygodnym kozłem ofiarnym. Sprawę upraszcza jeszcze rychła śmierć Ryszarda, który odbiera sobie życie w areszcie. Zanim jednak do tego dojdzie pomiędzy Marcinem i Ryszardem nawiązuje się osobista relacja. Współczucie i zrozumienie prokuratura dla bezdomnego nie koresponduje z jego oficjalnym wizerunkiem i życiową postawą. Marcin podświadomie wyczuwa w starszym koledze przestrogę. Przesłuchanie Ryszarda zmienia się w makabryczną opowieść o losach człowieka, który doprowadził się do totalnego upadku zarówno pod względem moralnym jak i fizycznym, a także o tym w jaki sposób społeczeństwo potrafi odwrócić się od jednostki. Ostatecznie Marcin akceptuje przypisanie winy Ryszardowi uznając, że był to jego sposób na odkupienie. Gdy nadchodzi wiadomość o samobójstwie bezdomnego, Marcin wstrząśnięty zaczyna staczać się po równi pochyłej swojego nałogu nie dostrzegając nawet przekroczenia czerwonej linii. Żyje i pracuje nie zwracając na siebie uwagi ale zaczyna coraz bardziej odpowiadać diagnozie wysoko funkcjonującego alkoholika. Z letargu budzi go list od Ryszarda, przekazany przez innego bezdomnego, który odwiedził go w areszcie przed śmiercią. Marcin pod wpływem przesłania z „zaświatów” uświadamia sobie jak głęboko się zanurzył. To jest jednak dopiero początek drogi powrotnej.
Pełny tekst mojego opowiadania jest do ściągnięcia w pliku PDF: Z głębi. Opowiadanie.
]]>Czy jest ktoś kto nie chciał być kiedyś kimś innym? Nieustraszonym, bardziej pewnym siebie, spontanicznym albo konsekwentnym. A może brutalnym i budzącym strach? Literatura zawsze daje tą możliwość bezkarnie, w odróżnieniu od życia które tylko nielicznym i nie bez konsekwencji.
Poniżej streszczenie, a na dole strony fragment z próbką narracji.
Opowieść dzieje się w Krakowie na początku lat dwutysięcznych. Młody i uzdolniony chłopak z Krakowa, uczeń renomowanego liceum, nieoczekiwanie wpada w wir wydarzeń, które kompletnie zmieniają jego życie. Staje się przypadkowym świadkiem napaści na swojego rówieśnika – przywódcę lokalnej grupy chuliganów ze środowiska kibicowskiego. Wiedziony instynktem pomaga mu i zyskuje tym sobie jego uznanie, a co za tym idzie – zostaje zaproszony do nowego towarzystwa, którym jest zafascynowany. Przyczynia się to do ukształtowania jego światopoglądu i jest motorem zachowań sprzecznych z wychowaniem wyniesionym z domu. Gerard poddaje się wpływowi grupy i wkracza w świat bezsensownej przemocy, rasizmu i nietolerancji. Jego rodzice nie mogą już temu nic zaradzić, albowiem utracili kontrolę nad swoim dorosłym już synem. Mimo że nauka nie jest już dla niego najważniejsza, dostaje się na studia prawnicze, o których marzył przez całe liceum. Tam trafia na mentora – profesora filozofii prawa, którego wykłady i osobiste starania podkopują jego wiarę w ideały prawicowego nacjonalizmu. Gerard na skutek głębokiej refleksji, do której pobudził go profesor, spogląda krytycznie na swoje dotychczasowe zachowania i poglądy – faszyzujące środowisko przestaje mu imponować. Niestety ta sama siła bezwładności, która po maturze nie pozwoliła mu całkowicie zboczyć na złą drogę, teraz nie pozwala całkowicie wyjść na prostą. Okazuje się, że wycofanie się z organizacji, do której wstąpił, nie jest możliwe i mimowolnie zostaje zamieszany w sprawy, które kończą się brutalnym przestępstwem, aresztowaniem i postawieniem go przed wymiarem sprawiedliwości. Od tego punktu powieść się rozpoczyna i na nim – po retrospektywnej narracji – się zakończy. Jaki był zarzut i jakie będzie rozstrzygnięcie sądu oraz to, czy Gerard w ogóle popełnił przestępstwo, pozostanie zagadką do ostatnich stron.
Fragment mojej powieści jest do ściągnięcia w pliku PDF: “Jeden z nas – powieść“.
]]>Mimo to żyliśmy jakoś, wypierając wszystkie te przepowiednie, aż nadszedł dzień końcowego potwierdzenia tragicznych proroctw. W grudniu ubiegłego roku urodziło się w Polsce najmniej dzieci od II wojny światowej. Ale to nic, bo od tego czasu ten rekord został jeszcze pobity i wszystko wskazuje na to, że tendencja raczej nie ulegnie zmianie. Nie ulegnie, bo nie może. Liczba kobiet w wieku 20–39 lat jest znana i raczej stała, a w kolejnych latach będzie się kurczyć poprzez starzenie się społeczeństwa. Przy założeniu, że pozostałe współczynniki kształtujące dzietność się nie zmienią, dzieci będzie coraz mniej. I tyle.
Przyczyny? Oczywiście – w zależności od wieku, płci, poglądów politycznych i statusu społecznego pytanego – są temu winne: wygodnictwo młodych, cykl rozwoju społecznego, słaba oferta opieki, za małe wsparcie państwa, a także zatrważający efekt skandalicznego wyroku Trybunału Konstytucyjnego. Wśród rozwiązań problemu w większości i raczej bez entuzjazmu mówi się o imigracji.
Konkluzja z tego jest taka, że „Polska wymiera” – cytuję tytuł artykułu jednego z pism o tematyce gospodarczej. Natomiast w niepublicystycznym skrócie informacji znajdziemy tylko fakt: „W Polsce w kwietniu 2023 roku urodziło się 21 tysięcy dzieci. To najmniejsza miesięczna liczba urodzeń po II wojnie światowej”. Kropka. Czy można na ten fakt spojrzeć inaczej niż ze smutkiem? Spróbujmy…
Przyznam się, że jestem pod silnym wpływem książki Kate Raworth Ekonomia obwarzanka, przez co każdą albo prawie każdą informację o istotnym znaczeniu filtruję przez doświadczenie tej lektury. W wielkim skrócie – autorka twierdzi, że dotychczasowe spojrzenie na ekonomię z perspektywy stymulowania ciągłego wzrostu nie ma racji bytu w XXI wieku i potrzebny jest nowy model. Obrazem tego modelu jest obwarzanek, na którego kontury składają się dwa okręgi. Wewnętrzny wyznacza pułap społeczny, czyli warunki życia, poniżej których żaden człowiek na ziemi nie powinien zejść. Zewnętrzny zaś wyznacza pułap ekologiczny, czyli maksymalną presję, jaką ludzkość może wywierać na planetę. Pod żadnym pozorem nie wolno nam tego pułapu przekraczać.
Zdaniem autorki zasoby planety, którymi dysponujemy z uwzględnieniem postępującego rozwoju techniki, są wystarczające, aby zmieścić całą ludzkość w obrębie obwarzanka, tzn. zapewnić wszystkim ludziom odpowiedni poziom życia pozwalający na zdrowy i bezpieczny rozwój bez dalszej degradacji środowiska naturalnego, a raczej w ramach wsparcia jego regeneracji. Co więcej, nie mówimy o skromnych 8 miliardach ludzi żyjących na ziemi obecnie, a o 11 miliardach, które wedle wyliczeń ekspertów są wartością docelową. Po osiągnięciu tej liczby ma nastąpić stabilizacja ludności świata. Autorka przedstawia szereg zaleceń dla rządzących, działaczy społecznych, przedsiębiorców i konsumentów oraz podaje przykłady działań, które gdzieś przyniosły skutek dla lokalnych społeczności i mogą stanowić podstawę do wdrożenia szerszych polityk. Każdy, kto odczuwa skutki ekologicznej depresji spowodowanej lekturą kolejnych katastroficznych raportów wyznaczających daty i liczby, po przekroczeniu których nastąpi sprzężenie zwrotne, strącając ludzkość w otchłań, powinien sięgnąć po Ekonomię obwarzanka. Krzepiąca lektura.
I z tym pozytywnym nastawieniem przyswoiłem informację o rekordowo niskiej liczbie urodzin w Polsce i zadałem sobie następujące pytanie: czy naprawdę nasze powodzenie, ale w szerokim sensie i teraz – w trzeciej dekadzie XXI wieku zależy od tego, ile Polek i Polaków się urodzi i czy będzie to liczba większa czy mniejsza? Nie jest to dla mnie oczywiste. Czy nie jest przypadkiem tak, że zamiast martwić się o nominalną liczbę narodzin, powinniśmy się raczej skupić na tym, jak zapewnić tym dzieciom, które przyszły na świat bezpieczne i zdrowe środowisko, dobrą edukację i równe szanse na rozwój, a także stworzyć system, który rozwinie w nich empatię i wrażliwość? Moim zdaniem nie należy się obawiać przyszłości, w której będzie Polek i Polaków mniej, pod jednym tylko warunkiem – że posiadane niemałe przecież zasoby zainwestujemy rozsądnie w stworzenie równych szans na prawdziwy rozwój kolejnego pokolenia.
Ekonomiści XX wieku przekonywali nas, że wzrost gospodarczy musi być ciągły, nie zważając na jasne sygnały, że tak nie może być w nieskończoność. Nierozpoznanie w porę ograniczeń planety sprowadziło na ludzkość kryzys, który w skali globalnej jest z demografią ściśle powiązany. Postulaty depopulacji są absurdalne ale lament nad, przebiegającym przecież w sposób naturalny, spadkiem liczby ludności poszczególnych krajów również nie jest uzasadniony. W tym kontekście kryzys zmusza nas do przemyślenia na nowo naszej drogi. Jeżeli potraktujemy agnostycznie wpajane nam od dziesięcioleci dogmaty wzrostu, zarówno gospodarczego jak i demograficznego, możemy wypłynąć na szerokie wody nowych możliwości jakie daje dystrybucja posiadanych zasobów, regeneracja środowiska i pielęgnacja ludzkiej natury.
]]>Charles, reprezentujący w dramacie młode pokolenie, widzi obecne problemy świata w zupełnie inny sposób niż jego starszy o niemal dekadę brat i nie marzy mu się wcale prosty powrót do tego co było. Pozostali bohaterowie lekceważą młodzieńcze fantazje o sprawiedliwym społeczeństwie sprowadzając je do zwykłej utopii. Konformizm jednego z braci i rewolucyjny zapał drugiego, prowadzą do starcia, w którym sojusznicy z założenia, stają po przeciwnych stronach barykady.
Poniżej krótki fragment, a na dole strony pełna wersja tekstu dramatu.
Joseph, ty nic nie rozumiesz. Dla mnie nie ma różnicy między TYMI i TAMTYMI. My walczymy i z nimi, i z wami. Przyszłość widzimy zupełnie gdzie indziej! Wiesz co ci powiem? Dobrze się stało, że ten świat, który zbudowaliście, się posypał. Teraz jest przynajmniej jakieś mocne odbicie i szansa na to, że w następnym albo którymś z kolei rozdaniu wahadło wychyli się w drugą stronę. Gdyby nie to, zajechalibyście nas wszystkich i całą planetę z tą waszą liberalną demokracją i wolnym rynkiem w imię pozbawionego sensu wzrostu. To się musi skończyć raz na zawsze. I wiesz co? (wskazując na telewizor) Teraz o dziwo jesteśmy znacznie bliżej tego przełomu.
Pełny tekst mojego dramatu jest do ściągnięcia w pliku PDF: Załamanie. Dramat w trzech aktach.
]]>„Im ktoś ma mniej pieniędzy, tym mniej się zadręcza…
…dręczy cię nuda ale jesteś spokojny”.
Na dnie w Paryżu i Londynie to pierwsza powieść Erica Blaira, który nie chcąc narażać swojej rodziny na nieprzychylne plotki i złośliwości postanowił opublikować ją pod pseudonimem George Orwell. /…/ Książka jest relacją o życiu w (nieraz skrajnej) biedzie, o desperackim chwytaniu się najlichszych zajęć, autobiograficznym reportażem o bezdomności i włóczędze, na które autor zdecydował się dobrowolnie, odrzucając komfortowy (acz próżniaczy) styl życia, gwarantowany mu przez rodzinny majątek. /…/
George Orwell (1903-1950) – angielski pisarz, dziennikarz, uczestnik wojny hiszpańskiej po stronie republikańskiej, socjalista z przekonań, ale zarazem radykalny przeciwnik systemów totalitarnych. Uznawany za twórcę najwybitniejszych dystopii XX wieku – Folwark zwierzęcy i Rok 1984.
Źródło: LubimyCzytać.pl
Opowieść zaczyna się w Paryżu początku dwudziestego wieku. Bohater mierzy się z trudnościami znalezienia źródła utrzymania. W końcu pierwszy raz zaznaje czym jest prawdziwa bieda:
„Pierwszy kontakt z biedą jest nader osobliwym przeżyciem. /…/ Wyobrażałeś sobie, że bieda to coś strasznego, tymczasem jest ona jedynie przykra i nudna. Najpierw spostrzegasz, iż łączą się z nią ów szczególny stan poniżenia, wybiegi, do jakich cię zmusza, całe to skomplikowane dziadowanie, wyjadanie resztek.
Zauważasz na przykład, że bieda zmusza do dyskrecji. Nieoczekiwanie pozostało ci na dzienne utrzymanie sześć franków. Oczywiście nie odważysz się nikomu do tego przyznać – musisz udawać, że nic się nie stało. Z miejsca wplątujesz się przez to w pajęczynę kłamstw, jednak nawet kłamiąc, niełatwo ci żyć. Zaprzestajesz oddawania brudnych ubrań do prania, tymczasem spotkana na ulicy praczka pyta cię, dlaczego zrezygnowałeś z jej usług: mruczysz wtedy coś pod nosem, ona zaś, sądząc, że oddajesz odzież komuś innemu, zostaje twoim śmiertelnym wrogiem. Trafikant dziwi się, dlaczego przestałeś palić. Nadeszły listy, na które chciałbyś odpowiedzieć, ale nie możesz, gdyż nie stać cię na znaczki. Pozostały jeszcze posiłki – jest to najtrudniejsza kwestia. Codziennie, gdy nadchodzi pora posiłku, wychodzisz do miasta, niby to do restauracji, ale w rzeczywistości włóczysz się przez godzinę w Ogrodach Luksemburskich, gapiąc się na gołębie. Następnie przemycasz do domu jedzenie w kieszeniach. Żywisz się wyłącznie chlebem i margaryną lub chlebem i winem; nawet rodzaj żywności, którą kupujesz, łączy się z twoimi kłamstwami. Jesteś zmuszony kupować chleb żytni, zamiast zwykłego, ponieważ bochenki żytniego pieczywa, aczkolwiek droższe, są okrągłe i można je łatwiej ukryć w kieszeniach. Tracisz na tym franka dziennie. /…/ Przez cały dzień kłamiesz i są to kosztowne kłamstwa”.
Te doświadczenia doprowadzają narratora do zaskakujących, nawet dla niego, wniosków z nauki biedowania:
„Ja sam żyłem w ten sposób przez około trzy tygodnie. /…/ Te trzy tygodnie dziadowania były przykre i denerwujące, nie miałem też wątpliwości, że nadchodzą jeszcze gorsze dni, zbliżał się bowiem termin płatności komornego. Niemniej jednak sprawy nie przedstawiały się ani w ćwierci tak źle, jak się obawiałem. Wpadając bowiem w biedę dokonuje się odkrycia, przewyższającego swą rangą niektóre inne. Doświadcza się po raz pierwszy nudy, boryka się z rozmaitymi drobnymi utrudnieniami, a także zaznaje początków głodu, odkrywa się również jednak wspaniałą cechę biedy, kompensującą jej wady: otóż unicestwia ona przyszłość. Do pewnych granic prawdą jest to, iż im ktoś ma mniej pieniędzy, tym mniej się zadręcza. Mając przy duszy tylko sto franków łatwo można wpaść w straszliwą panikę. Jeżeli jednak człowiek ma tylko trzy franki, wszystko mu jedno; za tę sumę i tak wyżywi się do następnego dnia, a poza tę datę wyobraźnia nie wybiega. Dręczy cię nuda, ale jesteś spokojny. /…/
Doznaje się również innego uczucia, będącego wielkim pocieszeniem w biedzie. Każdy, kto jej doświadczył, z pewnością je zna. Jest to uczycie ulgi, nieomal przyjemności, którą wywołuje świadomość, że spadło się wreszcie na samo dno. /…/ To bardzo uspokaja nerwy.”
Gdy w końcu udaje mu się znaleźć zajęcie, które pozwala podźwignąć się ze skrajnej nędzy, wpada w rytm życia człowieka pracy z nizin społecznych:
„Prowadziłem zatem typowe życie plongeura* i prawdę powiedziawszy nie było ono wtedy najgorsze. Nie uważałem się za biedaka, albowiem nawet opłaciwszy hotel i odłożywszy sumę niezbędną na tytoń, przejazdy i niedzielne posiłki, pozostawały mi na alkohol cztery franki dziennie, zaś cztery franki to był majątek. Odczuwałem wtedy – trudno mi to opisać – jakieś prymitywne zadowolenie z życia (na podobieństwo, jak sądzę, dobrze karmionego zwierzęcia), z życia, które stało się tak nieskomplikowane. Nic bowiem nie jest bardziej nieskomplikowane niż życie plongeura. Jego rytm wyznacza praca i sen, na myślenie brakuje już czasu, a świat zewnętrzny niemal przestaje istnieć. Paryż plongeura kurczy się do wymiarów hotelu, metra, kilku bistr i łóżka. /…/ Gdy plongeur ma wolne, wyleguje się aż do południa, potem nakłada czystą koszulę, gra w kości o drinki, a po obiedzie znów wraca do łózka. Jego rzeczywistością są: boulot**, alkohol i sen, przy czym najważniejszy jest ten ostatni”.
* plonguer – pomywacz
** robota (praca)
W miarę upływu czasu zdaje sobie sprawę jak bezsensowna jest jego praca:
„Plongeur do niewolnik hotelu albo restauracji, zaś jego niewolnicza praca jest na ogół nikomu nieprzydatna. /…/ Wytworny hotel jest przede wszystkim miejscem, gdzie setka osób miota się jak w ukropie po to, żeby dwustu gości mogło przepłacać usługi, których zgoła nie potrzebują. Gdyby z hoteli i restauracji wyrugowano cały ten nonsens, zaś praca przebiegała po prostu sprawnie, plongeurzy byliby zatrudnieni nie przez dziesięć czy piętnaście godzin na dobę, tylko przez sześć albo osiem.”
Narrator dochodzi do interesujących wniosków odnośnie przyczyny zaprzęgania ludzi do wielogodzinnych i niepotrzebnych zajęć:
„Niewolnik, jak orzekł Marcus Kato, powinien pracować, gdy nie śpi. /…/ praca sama w sobie jest znakomitym zajęciem, przynajmniej dla niewolników. /…/ Uważam, że praprzyczyną instynktu, który każe jednym ludziom nieustannie zaprzęgać innych do bezużytecznej pracy, jest zwykły strach przed tłumem. Tłum bowiem (jak się wydaje bogatym) składa się ze zwierząt tak dalece prymitywnych, iż gdyby tylko ofiarować im odpoczynek, stałyby się niebezpieczne, lepiej przeto zapewnić im jakieś zajęcie, żeby nie miały czasu na myślenie. /…/ Ów punkt widzenia podzielają zwłaszcza osoby inteligentne, o wysokiej kulturze. /…/ Człowiek wykształcony wyobraża sobie hordę podludzi, której trzeba tylko dnia bezczynności, żeby splądrowała mu dom, spaliła jego księgozbiór, zaś jego samego wysłała do obsługiwania maszyny albo sprzątania wychodków.
Następnie koleje losu prowadzą bohatera do Londynu gdzie oczekując obiecanej posady znów popada w nędzę, ląduje na ulicy i rozpoczyna żywot typowego włóczęgi. Z tej części książki szczególnie interesujące wydało mi się wytłumaczenie, skąd w ogóle brali się w tamtych czasach włóczędzy:
„Zacznijmy od zasadniczego pytania dotyczącego włóczęgostwa: dlaczego włóczędzy w ogóle istnieją? Dziwne, ale jedynie garstka osób wie, co skłania trampów do włóczęgi. /…/ Niektórzy twierdzą na przykład, że włóczędzy stale uciekają przed pracą /…/, że szukają okazji do popełniania przestępstw, a nawet – choć jest to najmniej prawdopodobne – że po prostu lubią łazikowanie. /…/ Tramp oddaje się włóczęgostwu /…/ ponieważ istnieje przepis zmuszający go do tego. Osobnik bezdomny, jeśli nie otrzymuje wsparcia parafii, może nocować jedynie w schronisku, a ponieważ w każdym schronisku wolno spędzić wyłącznie jedną noc, skłania go to automatycznie do wędrówki.
Ostatni cytat jest wiedzą nieoczywistą, że nie powinno się oczekiwać szczerej wdzięczności za jałmużnę:
„Ktoś, kto przyjmuje pomoc, praktycznie zawsze nienawidzi swojego dobroczyńcy – jest to świadomy, ludzki odruch.”
Komentarze dotyczące tej książki to w większości zachwyty nad doskonale zobrazowanymi żywotami biednych ludzi w Paryżu i Londynie okresu wielkiego kryzysu (1929-1930). Czytelnicy chwalą realizm opisanych postaci i faktycznych stosunków społecznych oraz ponadczasowość książki, która mimo istotnych zmian w stosunku do początków dwudziestego wieku, nadal pozostaje aktualna bowiem nędza i skrajny wyzysk nie zniknęły w nowoczesnym społeczeństwie, a tylko przybrały nową, bardziej humanitarną postać.
Trafiłem jednak również na bardzo krytyczną opinię, która warta jest zacytowania:
„/…/ żeby zrozumieć chęć przeniesienia się w sferę paryskich slumsów, przytaczam za angielską Wikipedią: „..poverty was to become his obsessive subject…”. Tylko, że ta “obsesja” śmierdzi fałszem i manipulacją, bo “paniczykowski” odbiór nędzy i marginesu społecznego nigdy, do końca, nie będzie autentyczny. Groteskowe są opisy uczucia głodu, którego nigdy Orwell nie zaznał, bo udzielał w Paryżu lekcji angielskiego, publikował w paryskich gazetach, a okradziony „doszczętnie” przez ulicznicę, miał dalej astronomiczną sumę 450 franków. A był w nim wszystkiego 18 miesięcy. /…/ Ja nie odbieram tej książce „uroku” czy wartości, lecz twierdzę, że jest napisana dla ludzi z jego klasy, którzy prawdziwego wykluczenia nigdy nie zaznali. /…/ Zresztą, skoro teraz słychać tylko zachwyty nad tą książką, jak nad każdym szpargałem Martina Edena, to przypomnijmy, że przez ponad pięć lat, nikt nie chciał jej wydać, ani w części, ani w całości, a wśród odrzucających był sam T.S.Eliot. /…/ Jedyny pozytyw w tej historii: po sześciu latach dalszej pracy zaczął tworzyć arcydzieła i to o nich pamiętajmy. – autor: Wojciech Gołębiewski (ocena 1/10)
Niezalenie od tego jakie były intencje autora, książkę należy ocenić po tym jak oddziałuje na czytelnika. Nie wiem czy jest sens zagłębiać się w szczegóły biografii pisarza aby odpowiednio zinterpretować przekazane treści i poddać ocenie jego autentyczność. Przekaz jest wiarygodny, jeżeli czytelnik wierzy autorowi, a przekaz który trafia do serc odbiorców jest takim, który budzi zaufanie. Nie znam nikogo, kto po przeczytaniu tej książki, chociażby nie zastanowił się nad zmianą swojego spojrzenia na los bezdomnych, na który rzekomo, jak chce nas przekonać świat, sami sobie zasłużyli.
Nie ma znaczenia czy Orwell zrobił to pod wpływem odruchu serca czy cynizmu. Jeżeli zszedł na dno tylko na chwilę nie cierpiąc głodu i uczuć będących codziennością jego chwilowych towarzyszy, a następnie potrafił to opisać, w sposób na tyle wiarygodny, że większość czytelników uważa tą historię za autentyczną, poruszającą i, co najważniejsze, skłaniająca do przemyśleń, a nawet zmiany poglądów, to jest to jego literacki sukces. Jeżeli kogoś nie przekonał to może dla tego, że czytelnik podszedł do przedstawionych opowieści zbyt dosłownie, a może dlatego że nikt nigdy nie może przekonać wszystkich.
Warto również przypomnieć, chociażby dla przełamania utartego skojarzenia, że George Orwell był antykomunistą. Lewicowe poglądy autora i współczucie dla klasy robotniczej nie stanowią automatycznej klasyfikacji jako komunisty – o tym trzeba pamiętać. Nie można bowiem mylić pragnienia zmiany świata z marzeniem o jego podpaleniu.
„Na dnie w Paryżu i Londynie” to sprzeciw wobec stosunków społecznych kapitalistycznego systemu i sprzeciw wobec skrajnej biedy sąsiadującej z obrzydliwym bogactwem. Orwell wywodzący się burżuazji zszedł na dno, potem wrócił i zakrzyknął do swoich, że sprzeciwia się temu co zobaczył i kontestuje świat, który z taką pogardą odnosi się do najsłabszych.
Oddajmy głos samemu autorowi, którego słowa bez wątpienia skierowane są do czytelnika z wyższych sfer:
„Oto świat jaki was czeka, jeśli kiedykolwiek znajdziecie się bez grosza. /…/ zdaję sobie sprawę z tego, że widziałem jedynie obrzeża nędzy. Pomimo to mogę wymienić kilka nauk, jakie wyniosłem z biedowania. Nigdy już przez myśl mi nie przejdzie, że włóczędzy to zgraja pijanych łajdaków; nigdy, dając pensa żebrakowi, nie będę oczekiwać odeń wdzięczności; nigdy nie zaskoczy mnie to, iż ludzie pobawieni pracy nie mają energii; nigdy nie złoże datku na Armię Zbawienia, nie zastawię ubrania w lombardzie, zawsze przyjmę wręczaną mi na ulicy ulotkę; nie będę się delektować posiłkiem w eleganckiej restauracji. To na początek.„
Odnosząc się jeszcze do zarzutu, że książka „Na dnie w Paryżu i w Londynie” napisana jest dla ludzi pochodzących z klasy samego autora trudno nie przyznać tej uwadze racji. Tylko czy to jest złe? Jaki sens miałoby stworzenie dzieła skierowanego do najuboższych, które tylko przedstawiałoby w drobnych szczegółach ogrom nędzy, którą odbiorcy znają świetnie z życia codziennego nie mogąc jednocześnie absolutnie nic z tym zrobić. Warto wspomnieć naukę Gustawa Herlinga – Grudzińskiego, który w książce „Inny Świat” przestrzegał, iż błędem jest przypuszczać „że tylko żebrak, który wydobył się z nędzy, potrafi zrozumieć niedolę swoich dawnych towarzyszy. Nic tak nie odpycha i nie wywołuje sprzeciwu, jak podsunięty nagle człowiekowi przed oczy obraz jego własnej doli człowieczej, doprowadzonej do swych krańców.”
Myślę, że zdaniem autora, tylko wyższe sfery mogły dokonać jakiejś istotnej zmiany w życiu najuboższych i dlatego słusznie to do nich skierował swoją opowieść, żeby pobudzić empatię i zachęcić do przemyśleń. Zaś metoda przywodzi na myśl przesłanie słów, które wypowiedział Jeszua do Piłata w „Mistrzu i Małgorzacie: „Mówiłem, hegemonie, o tym, że runie świątynia starej wiary i powstanie nowa świątynia prawdy. Powiedziałem tak, żeby mnie łatwiej zrozumieli”.
]]>